Podróże po Węgrzech

Budapeszt po raz drugi.

Wiosna

W tym roku wyjątkowo ucieszył mnie fakt, że nie muszę robić listy świątecznych zakupów, wypiekać bab, mazurków, malować jajek itd. Czułam wyraźnie, że potrzebuję czegoś innego, dlatego byłam ogromnie wdzięczna za to, że mogłam wyjechać: w Wielki Czwartek, skoro świt, do Budapesztu.

Dobrze było mi z tym, że wiedziałam gdzie jadę. Stolicę Węgier odwiedziłam pierwszy raz dwa lata temu i właśnie wtedy powstał w mojej głowie pomysł, żeby wrócić tam na dłużej i zobaczyć jak wygląda budapesztańska codzienność. Nie do końca udało się to zrealizować z uwagi na fakt, że akurat na czas naszego pobytu przypadały Święta Wielkanoce, ale i tak z dumą mogę stwierdzić, że nie czułam się jak turystka, tylko jak… mieszkanka Budapesztu 😉

Kiedy tylko przekroczyliśmy granicę Słowacji i znaleźliśmy się na Węgrzech, uderzył mnie stopień ingerencji wiosny w krajobraz! Wzgórza zieleniły się jak na początku lata, a bzy i kasztany zdawały się być na granicy przekwitnięcia. Miło było wysiąść z autokaru i nabrać w płuca pachnącego, ciepłego od słońca powietrza. Tak wyglądał nasz pierwszy spacer – jeszcze z walizkami – do najbliższej stacji metra i właściwie… każdy kolejny 🙂

kasztan

Wynajęliśmy mieszkanie w starej, zachwycającej kamienicy, które miało wiele wspólnego z tym, jakie mamy w Polsce, a dodatkowo posiadało drewniane podłogi, wysokie, dwuskrzydłowe drzwi i balkon. Aklimatyzacja trwała bardzo krótko 🙂 Ucieszyłam się na wieść, że Krisztina – właścicielka mieszkania – kończyła historię sztuki, bo dzięki temu miałam do dyspozycji – prócz estetycznego wystroju wnętrza – cały regał książek i pięknie wydanych albumów, które choć w większości napisane w języku węgierskim, pozwalały mi przynajmniej na kontemplację malarstwa 🙂

dom

Pierwszy wieczór spędziliśmy na recitalu Ivo Pogorelich’a, który odbył się w sali koncertowej Akademii Muzycznej im. Franciszka Liszta. O samym koncercie więcej mógłby powiedzieć mój chłopak, bo był w tym kierunku kształcony długie lata. Ja mogę subiektywnie orzec, że mi się podobało, bo było i piękno i emocje i wyrazista – a jakże – osobowość artysty. Właściwie codziennie staraliśmy się zaglądać na różne wystawy i koncerty – nie tylko do kawiarnii 😉 Choć o jednej z nich po prostu muszę napisać, bo wziąwszy pod uwagę fakt, że szczególną miłośniczką kawy nie jestem, to filiżanka cappuccino wypita w My Little Melbourne Coffee na długo zostanie w mojej pamięci. Najlepsza kawa w mieście – tak zarekomendowała nam to miejsce Krisztina. Jeśli dodać do tego nowoczesny, ale przytulny wystrój, miłą obsługę i zapewnienie, że mleko jest dostarczane codziennie z ekologicznej farmy, to rzeczywiście można spodziewać się najlepszego. Jeśli ktoś z was wybiera się do Budapesztu, to naprawdę polecam to miejsce.

Przez cały pobyt pogoda nam dopisywała, umożliwiając spacery po zielonych, kwitnących parkach, a nawet prawdziwy piknik na wyciągniętym z szafy kocyku, gdzie przedmiotem pikniku był cynamonowy kurtosz i aromatyczne pomarańcze. W ogóle jeśli chodzi o owoce i warzywa – pod naszym mieszkaniem mieścił się targ, na którym rolnicy z przyległych wsi sprzedawali swoje produkty. Jak miło było widzieć „brzydkie”, sfatygowane długą zimą skórki jabłek, gruszek, ziemniaków, kabaczków… Rewelacyjny pokarm bez polepszaczy i upiększaczy! Wszystko smakowało tak jak naprawdę powinno. Ja dobrze wiem, bo na takim jedzeniu się wychowałam. Gdyby nie Święta, na pewno ostatniego dnia pobytu zaopatrzylibyśmy się w pamiątki z podróży typu: worek ziemniaków, słój kiszonek.

śniadanie

Co do samego przebiegu Świąt na Węgrzech, zdziwiło mnie, że w Wielki Piątek następuje przerwa w handlu, a w sobotę znów wszystko rusza na jeden dzień. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie przedświąteczne zakupy trwają niemalże przez cały Wielki Tydzień. Tutaj – cisza. A w lany poniedziałek… lany poniedziałek 🙂 W imię podtrzymania tradycji wybraliśmy się do Łaźni Termalnych Gellerta, które zachwyciły mnie pod względem architektonicznym. Bardzo przyjemnie było zanurzyć się w wodzie o temperaturze 40°C i obserwować układające się na jej powierzchni słoneczne plamy wpadające przez okna dachowe.

Mając do dyspozycji w pełni wyposażone mieszkanie postanowiliśmy upiec świąteczne ciasto. I chociaż znalazłam w kuchennej szafce formę na babę, to jednak (patrz początek wpisu 😉 ) zdecydowaliśmy się na cytrynową tartę z bezą, chcąc wykorzystać funkcje piekarnika, których nasz prywatny – gazowy – nie posiada 🙂 Wypiek udał się znakomicie! Ale byłam dumna z tej bezy, za którą zabrałam się pierwszy raz w życiu.

IMG_1030

Właściwie podczas naszych podróży cieszą mnie najbardziej te momenty, w których udaje się nam w nowych warunkach stworzyć własną przestrzeń. Odkrycia odkryciami, ale kocham to – nawet przelotne – uczucie zadomowienia tam, gdzie akurat jestem. Dlatego zabieram często ze sobą świeczki, ulubione olejki eteryczne do aromaterapii, herbaty ziołowe, notatniki i książki. Zdjęcia robię telefonem – tak jak zawsze, ubieram się w to, co i na co dzień noszę, tylko ludzi – z radością – zagaduję w innym języku 🙂

na balkonie

Szia! <3

Gajka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *