Vienna i moje kolejne osobiste pamiątki stamtąd.

Wiosna

Spoglądam w jedną stronę: ta ulica do złudzenia przypomina ul. Kościuszki w Katowicach, a z tej strony – zabudowa jak w Bielsku-Białej i nawet góry w tle… Spacerując po Wiedniu niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że przestrzeń bawi się ze mną przywodząc na myśl dobrze znane miejsca. Właściwie tylko w obliczu monumentalnych gmachów wzniesionych wzdłuż słynnego Ringu nie miałam wątpliwości, gdzie się znajduję.

 

theater
Prezentuję Hofburgtheater! Przeczytałam, że kiedy odkryto, że z części miejsc na widowni nie widać sceny, zamknięto teatr w celu przebudowy – zamiast sprzedawać na nie bilety w niższej cenie… 😉

I oczywiście w ogrodach i parkach – tak pięknych jeszcze nie widziałam.

ogród
Za moimi plecami rozciąga się Burggarten

Kontynuując formę poprzedniego wpisu, wracam do trzeciego dnia pobytu, a właściwie do samego wieczoru:

Trzeci dzień

Wiener Staatsoper

W hostelu przebraliśmy się w eleganckie stroje, a następnie  żeńska część zajęła się robieniem makijażu i fryzury,  podczas gdy męska – czytała libretto, żeby w drodze na przedstawienie nam je streścić 😉 W celu dotarcia na miejsce całą grupą załadowaliśmy się do metra. I w Wiedniu to nic dziwnego – pod operę przyjeżdża się komunikacją miejską lub taksówką, więc często widuje się odświętnie ubrane osoby w tak kontrastowych dla tego ubioru warunkach. Jednak – co mnie samą bardzo pozytywnie zaskoczyło – w samej Staatsoper ludzie byli ubrani naprawdę różnie: czuć było tam zdrowy luz, który przekładał komfort i dobre samopoczucie wysoko ponad zrobienie wrażenia. Moją uwagę zwróciła też od progu dobrze zorganizowana obsługa widzów – w momencie pokazania biletu już kierowali nas na prawo, tam znowu na klatkę schodową, tam wyżej, i jeszcze wyżej i na końcu dopiero czekała na nas szatnia, co mnie bardzo ucieszyło bo zwiastowało o wiele mniejsze kolejki po odbiór rzeczy już po przedstawieniu – każdy zostawiał okrycie wierzchnie na swoim piętrze, po swojej stronie i to bardzo ułatwiało sprawę. Wnętrze opery było naprawdę warte zobaczenia. I tutaj też miła niespodzianka – jako zabytkowe miejsce użyteczności publicznej nie było wypucowane na wysoki połysk, tylko po prostu piękne, nie ukrywające swojego wieku, wręcz przeciwnie – napawające się z jego powodu zasłużoną dumą. Super! Sam spektakl baletowy, który oglądaliśmy na tyle ile mogliśmy z naszego drugiego balkonu, w pewien sposób ujął mnie swoją prostotą wyrazu. Był to Mayerling – z muzyką skomponowaną przez Franza Liszt’a. Tancerze przyciągnęli moją uwagę klasycznym, a jednocześnie bardzo lekkim aktorstwem, którego nikt nie próbował ukrywać za formami tanecznymi. I orkiestra grała pięknie… Odkryłam, że da się. I nie dziwię się, że widownia pełna. Sława i usytuowanie teatru to jedno, ale dobre wykonanie oparte na prawdziwym rzemiośle robi swoje. A w antrakcie podają szampana.

Frontpage 49%
Widok z wysokiego balkonu 🙂
Frontpage 49%
Główna klatka schodowa

Czwarty dzień

Kawiarnio-księgarnia Phil, Gumpendorfer Straße 10-12

Zachwyciło mnie to miejsce. Zdecydowanie wolałam napić się kawy tam  niż w którejś z „najsławniejszych kawiarni Wiednia”. Zjedliśmy tam również pyszne burgery z ciemnego pieczywa, z warzywami i orzeszkami pinii, ale najbardziej zapadł mi w pamięci klimat tej kawiarni: różni ludzie siedzieli przy stolikach – czasem przy jednym można było zobaczyć kilka nie znanych sobie nawzajem osób, które z zaangażowaniem pisały coś na swoich laptopach. W zasadzie bardziej chodziło w tym miejscu o zajęcie krzesła niż faktycznie całego stolika. Część gości to stali bywalcy, inni – jak my – podróżnicy. A wszystko w scenerii sięgających sufitu regałów z fantastycznymi książkami i albumami. Jak tylko się posiliłam zaczęłam wędrować po całym lokalu i przeglądać książki, których okładki zwróciły moją uwagę. I tak na przykład odkryłam zebrane w jednym, pięknie ilustrowanym tomie relacje z podróży koleją w krajach, gdzie wagony pociągów wyglądają naprawdę oryginalnie i luksusowo: w Szwajcarii (oczywiście <3 ), Indiach, Japonii, Stanach Zjednoczonych… Kilka wersji atlasów świata, w których niektóre mapy tak bardzo podlegały wyobraźni autora, że trudno było uwierzyć, że to cały czas nasza Ziemia – na przykład mapa muzyczna, gdzie poszczególne kraje zostały „poukładane” w zupełnie nowe konfiguracje: Wyspy Muzyki Ludowej, Kontynent Rock’a, Unię Muzyki Klasycznej, gdzie każdy kompozytor miał swój kawałek ziemi, itd.

DSC_0053
Przed kawiarnią

Moją uwagę zwróciła też seria przewodników po dużych miastach Europy; Paryżu, Sztokholmie, Berlinie…, których idea polegała na tym, że opisywały dokładnie sześćdziesiąt wartych odwiedzenia miejsc. A propozycje były rzędu tych, które sama lubię najbardziej, czyli przykładowo: sklep w Sztokholmie z tkaninami rodzimego projektanta, gdzie można kupić sobie pamiątkę w postaci abażura na lampę wykonanego z wybranego skrawka materiału i adnotacja, że na drugim piętrze sklepu znajduje się urocza herbaciarnia, o której mało kto wie! Bardzo chciałabym dzielić się z Wami na moim blogu właśnie takimi perełkami, dlatego te książeczki były dla mnie dużą inspiracją.

Tiergarten Schönbrunn, czyli wiedeńskie zoo

To najstarszy ogród zoologiczny w Europie. Przypatrywanie się zwierzętom bardzo dobrze na mnie działa; czuję się zrelaksowana i jednocześnie pełna życia, dlatego koniecznie chciałam odwiedzić to miejsce. W żadnym innym zoo nie widziałam aż takiej dbałości zarówno o obszerną, zróżnicowaną przestrzeń dla jego mieszkańców jak i taką konstrukcję schodów, przeszkleń, zbiorników wodnych i podkopów, aby goście mogli podejść naprawdę bardzo blisko zwierząt. Cały spacer po tym sporym ogrodzie zajął nam jakieś pięć godzin i przyznaję, że jest to absolutne minimum, aby bez pośpiechu zobaczyć wszystko to, co zoo ma do zaoferowania.

DSC_0160
Przepiękne flamingi (zdjęcie bez użycia filtra!)
DSC_0158
Najlepszy z misiów w porze obiadu.

Bardzo podobało mi się w tropikarium, gdzie egzotyczne ptaszki latały sobie swobodnie i nie płoszyły się na widok ludzi. Była tam nawet jedna wąska i ciemna sala dla odważnych, w której latało naprawdę sporo…nietoperzy. Nie zdecydowaliśmy się przez nią przechodzić, dlatego musieliśmy dotrzeć do dalszej części tropikarium nadkładając drogi 😉

DSC_0140
Śpiący nietoperz w głównej części tropikarium.

Ogród zoologiczny był naszym ostatnim punktem na mapie Wiednia, który zdobyliśmy podczas tej pierwszej wizyty. Czy będą kolejne?  Naprawdę z wielką chęcią obejrzę pozostałe muzea, których jest tam przecież od groma – sposób ich organizacji i poziom kolekcji naprawdę zachęcił mnie do dalszego zwiedzania w przyszłości. Podobnie przyciągają mnie parki, które podczas ładniejszej pogody muszą być jeszcze bardziej urzekające. Natomiast kiedy zestawiam Wiedeń z innymi miastami europejskimi, które dotychczas odwiedziłam, przy odwiedzaniu właśnie bym pozostała. Przestrzeń do życia codziennego jakie lubię, to zdecydowanie nie stolica Austrii.

Szukamy dalej 🙂

<3

Gajka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *