Vienna – moje osobiste pamiątki z podróży.

Wiosna

Wiedeń. Nie zapałałam do tego miasta miłością od pierwszego wejrzenia (w moim sercu niezmiennie Budapeszt

Pierwszy dzień

Termy Oberlaa

Ze względu na prognozowaną pogodę, ja musiałam nieco zmodyfikować prognozowaną zawartość swojej walizki. Tzn. zamienić szorty na sweter i dodać lekką puchową kurtkę. Maj 😉 Poza tym wszystko, co ze sobą zabrałam znalazło zastosowanie. W pierwszej kolejności kostium kąpielowy, bo kiedy tylko zostawiliśmy bagaże w hostelu, zakupiliśmy kartę miejską na 72 h, wsiedliśmy w kolejkę metra linii U1, potem (na placu Reumannplatz) w autobus B68 i już o 9:00 witaliśmy się z Termami Wiedeńskimi Oberlaa położonymi przy malowniczym parku zdrojowym.

park 3
Park Zdrojowy Kurkpark Oberlaa w pobliżu term

Przyznam, że po całonocnej podróży Polskim Busem, nurzanie się w ciepłej wodzie i korzystanie z hydromasażu było bezcennym doświadczeniem 🙂

DSC_0021-01
Termy Wiedeńskie Oberlaa

Katedra św. Szczepana

Wykąpani, wygrzani i wysuszeni ruszyliśmy do samego serca miasta, czyli do dzielnicy Innere Stadt, gdzie wśród tłumu turystów oglądaliśmy wnętrze najsłynniejszego kościoła wiedeńskiego (nazajutrz przechodziliśmy obok niego wczesnym rankiem i wtedy obłożenie było znacznie, ale to znacznie mniejsze, więc polecam raczej taką porę). Mimo wszystko katedra zrobiła na mnie duże wrażenie – wysokie gotyckie sklepienie, misterne zdobienia architektoniczne, barwne witraże i panująca tam atmosfera, pozwoliły mi poczuć wyjątkowość tego miejsca. Nie schodziliśmy do katakumb, nie wspinaliśmy się na wieżę, dlatego można powiedzieć, że zwiedzaliśmy katedrę bezpłatnie, nie licząc monety wrzuconej przeze mnie do drewnianej skrzyneczki, żeby zapalić świeczkę w naszej intencji. Głęboko wierzę w moc ognia i dobrowolnej ofiary, tzw. dziesięciny, która zawsze wraca zwielokrotniona.

Knajpka Wiener Deewan „all-you-can-eat-pay-as-you-wish”, Liechtensteinstrasse 10

Fantastyczne miejsce, w którym mogliśmy spróbować pakistańskiej kuchni! Już na wejściu przywitali nas przemili właściciele i unoszący się w powietrzu zapach kurkumy i innych wschodnich przypraw. Zostaliśmy pokierowani do baru, gdzie samodzielnie nakłada się jedzenie – każdego dnia menu jest nieco inne – my trafiliśmy na kurczaka w sosie curry, wołowinę w szpinaku, pieczone ziemniaki, niesamowicie sypki ryż, ale i ciecierzycę i soczewicę w ciekawych, pikantnych sosach…Wszystko naprawdę pyszne, że nie wspomnę o deserze! Nie mogąc się oprzeć spróbowałam obu propozycji: kaszki manny z dodatkiem aromatycznych przypraw i waniliowego sosu oraz smażonej sałatki owocowej (mango, granat, banany, ananas i inne cuda) w sosie miód-chili 😀 I tak jak napisałam w nagłówku -można brać dokładki, na stole cały czas stoi dzban pełen wody, a wychodząc płaci się kelnerce dokładnie tyle ile się chce. I naprawdę, 5 € za taki posiłek jest przyjmowane z wdzięcznością. Kilkakrotnie wracaliśmy tam na obiad, a ja nie mogłam napatrzeć się na promienną, uśmiechniętą twarz właścicielki tej restauracji, która po niemiecku i po angielsku zagajała wszystkich pojawiających się gości. Uwielbiam takie miejsca – są stworzone właśnie po to, żeby je odwiedzać i czuć się w nich nie jak turysta tylko jak obywatel świata, po prostu. Zajrzyjcie: Deewan

Drugi dzień

Miało być zwiedzanie Muzeum Zegarów, które w dodatku w każdą pierwszą niedzielę miesiąca jest bezpłatne, ale można powiedzieć, że z okazji dnia 1 maja… pocałowaliśmy klamkę tegoż. Wsiedliśmy więc w metro i pojechaliśmy do kompleksu pałacowego Schönbrunn.

Schönbrunn

Jak tylko dotarliśmy przed pałac poczułam, że nie mam ochoty zwiedzać jego wnętrz wraz z tysiącem innych ludzi, których wciąż przybywało. Nasi znajomi wystali swoje w długiej kolejce, weszli, wyszli i… jak twierdzili nie było to najlepiej przez nich wydane 15 € . Podobno zwiedzanie dwudziestu komnat trwało pół godziny i właściwie nie zobaczyli niczego, co okazałoby się ciekawsze od ogrodu i palmiarni. My właśnie tam skierowaliśmy swoje kroki powodowani głosem mojej intuicji.

Cote 49%
W zielonym labiryncie

Spacer po malowniczych ogrodach zwieńczyliśmy wejściem na taras widokowy Gloriette, a następnie udaliśmy się do palmiarni. I tutaj odkryłam, że gliwicka palmiarnia nie ma się czego powstydzić! Jest obszerniejsza i spaceruje się w niej po dwóch kondygnacjach. Za to z zewnątrz tutejszą palmiarnię chciałoby się fotografować i fotografować, obchodząc wciąż dookoła. Podsumowując: na pewno warto do niej zajrzeć, jednak jeśli ma się w planach odwiedzenie Schmetterlinghaus, czyli domu motyli w centrum Wiednia lub – jeszcze lepiej – domku tropikalnego w wiedeńskim zoo, można sobie śmiało darować.

Y-Green 49%
Palmiarnia z zewnątrz
DSC_0047
Park Zdrojowy Kurkpark Oberlaa w pobliżu term

Wspaniałym zwieńczeniem tej wycieczki były odwiedziny w sklepie (szwajcarskiego skądinąd

Y-Green 49%
Lindt, Czekoladowo mi <3

Galeria Albertina

Zamierzałam odwiedzić Muzeum Historii Sztuki, a trafiłam do jednej z najpiękniejszych galerii w jakiej zdarzyło mi się być. Najpierw zrobiliśmy sobie spacer po tzw. komnatach przepychu, w których czułam się jak prawdziwa księżniczka i żałowałam tylko, że nie mam na sobie jednego z teatralnych kostiumów z epoki 😉 Można było tam również zobaczyć kilka grafik takich sław jak Leonardo da Vinci, Dürer, czy Michał Anioł.  Później wspięliśmy się na drugie piętro Galerii, gdzie na wystawie stałej królowało malarstwo końca XIX i XX wieku. Zobaczyłam m.in. dzieła Moneta, Renoira, Degasa, Cézanne’a, Toulouse-Lautrec’a, Signaca, Joana Miró, Maxa Ernsta, René Magritte’a, Picassa… i wielu innych sławnych, bo wybitnych. Z dużą przyjemnością przechadzaliśmy się po kolejnych salach wystawienniczych, aż dotarliśmy do czasowej wystawy skupiającej rosyjskich twórców, których głównym reprezentantem był Marc Chagall. Mam taki zwyczaj, że jeśli podczas wizyty w muzeum jakiś obraz w szczególny sposób przyciągnie moją uwagę, szukam później w sklepie muzealnym pocztówki z jego podobizną. Tym razem zachwyciły mnie dwa obrazy:

delvaux
Paul Delvaux, Landschaft mit Laternen, 1958

Długo wpatrywałam się w ten dziwny, nieco surrealistyczny obraz, dostrzegając coraz więcej szczegółów: np. zerwane druty zwisające ze słupa telegraficznego widocznego po prawej stronie. I co to za bramy na horyzoncie? Czy każda z odchodzących postaci ma swoją własną, przez którą przechodzi do innego świata… Pewnie jeszcze długo będę to wszystko rozgryzać. I dobrze. To bardzo zajmujące.

marc-chagall
Marc Chagall, Der Spaziergang, 1917-1918

Właśnie ten obraz Chagall’a widnieje na plakatach reklamujących wystawę czasową. Jednak mnie urzekł dopiero, kiedy zobaczyłam go na żywo w Galerii i kiedy przeczytałam zamieszczony pod nim opis. Otóż przedstawia on samego artystę w towarzystwie żony podczas pikniku za miastem. Kobieta fruwa, a ptak trzymany w ręce mężczyzny nie. Ma to zobrazować siłę miłości, która dosłownie uskrzydla i zmienia porządek świata na magiczny, wymykający się regułom <3

Trzeci dzień

Rano odwiedziliśmy popularny Naschtmarkt, gdzie zjedliśmy śniadanie. W internecie jest mnóstwo informacji i zdjęć w tym temacie, więc nie będę się rozpisywać, tym bardziej, że specjalnie mnie nie ujął. O wiele przyjemniejsze są dla mnie codzienne zakupy na katowickim targu, gdzie miłe panie, zawsze wybierają dla mnie warzywa i owoce najlepszej jakości, życzą zdrowia i chętnie obniżają cenę zaprzyjaźnionym, czyli po prostu stałym klientom. Właściwie już od jakiegoś czasu praktycznie nie wchodzę do supermarketów. Na tym targu pod kamienicą, w której mieszkamy można dostać  w s z y s t k o  i bardzo mi to pasuje. Jeszcze piekarnia za rogiem, czasem sklepik rybny i wracam z porannych zakupów uradowana miłymi spotkaniami i pełna zapału do gotowania 😉

Schmetterlinghaus

Co to była za radość przechadzać się wśród kwiatów, drzewek i napotykać co krok kolorowe motyle. Zwiedzające ten przybytek dzieci śmiały się w głos z zachwytu, a my na spokojnie regenerowaliśmy siły przed dalszym zwiedzaniem.

DSC_0093
Motylek
DSC_0087
Motylarnia, widok z góry

I tutaj czas na mój kolejny zaskakujący wybór. Ni stąd ni zowąd zamarzyłam wybrać się do Muzeum Historii Naturalnej i sprawdzić czy dinozaury naprawdę istniały.

Muzeum Historii Naturalnej

Muzeum mieści się w naprawdę imponującym budynku – vis a vis – swojego bliźniaka, czyli wspomnianego Muzeum Historii Sztuki, a jego zabytkowe wnętrze robi nie mniejsze wrażenie. I tak, są wewnątrz szkielety prehistorycznych zwierząt: ogromnych, drapieżnych i – chyba mogę sobie pozwolić na to stwierdzenie – n a  s z c z ę ś c i e wymarłych. Ich wielkość przerosła moje wyobrażenia. To naprawdę interesujące doświadczenie stanąć obok liczącej siedemnaście metrów nogi należącej do dinozaura o wielkości czterdziestu siedmiu metrów. Nie zdawałam sobie też sprawy, że wieloryby są tak wielkie jak… są. Na wystawie minerałów zajmującej naprawdę sporo sal, zaszczytne miejsce zajmowały bryły soli z Wieliczki, ale moją uwagę przyciągały głównie zielone i niebieskie kamienie w takich odcieniach, że nie mogłam uwierzyć, że są takie z natury! Spora kolekcja wypchanych zwierząt, ptaków i rzadkich owadów z całego świata trochę zaspojlerowała mi wycieczkę do zoo, która planowałam na ostatni dzień i którą opiszę już w kolejnym poście, ale i tak było warto.

Y-Green 49%
Ja i prehistoryczna fauna
DSC_0114
Taki kamyk znalazłam – moja babcia ma na imię Eulalia
DSC_0122
Ptaszysko
DSC_0138-01
Nasz Jeż Podróżny w towarzystwie swoich przodków 🙂

Wkrótce dalsza część relacji z Wiednia, bo tak jak trzy dni to za mało na zwiedzanie stolicy Austrii, tak opis tego, co się przeżyło i zobaczyło wymaga więcej uwagi.

<3

Gajka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *